Przedszkole Miejskie nr 19
im. Jana Brzechwy
w Gorzowie Wlkp.
 
jesteś tu: strona główna    wiersze j. brzechwy "a, b"
szukaj:
Powiadom znajomego
Jeżeli znasz kogoś, kogo może zainteresować ta strona, powiadom go o niej.

Twoje imię/nazwisko/pseudonim



Adres e-mail znajomego



 
 

Wiersze J. Brzechwy "A, B"

 ANDRONY!
 "Pan Marcin plecie androny!"
"Z czego plecie?"
"Ano - z łyka.
Taki andron upleciony
Jest podobny do koszyka.
Po cichutku się wymyka,
Niespodzianie psa nastraszy,
Wrzuci stary gwóźdź do kaszy,
Wszystkie jabłka zerwie z drzewa,
Z garnków wodę powylewa,
W oknach szyby powybija,
Wysmaruje miodem stryja,
Ciotkę weźmie na barana,
Sad posypie śniegiem w lecie...
Nie wierzycie?"
"Proszę pana,
Takie pan androny plecie!"
 
ARBUZ
W owocarni arbuz leży
I złośliwie pestki szczerzy;
Tu przygani, tam zaczepi.
"Już byś przestał gadać lepiej,
Zamknij buzię,
Arbuzie!"
 
Ale arbuz jest uparty,
Dalej sobie stroi żarty
I tak rzecze do moreli:
"Jeszcześmy się nie widzieli,
Pani skąd jest?"
"Jestem Serbka..."
"Chociaż Serbka, ale cierpka!"
 
Wszystkich drażnią jego drwiny,
A on mówi do cytryny:
"Pani skąd jest?"
"Jestem Włoszka..."
"Chociaż Włoszka, ale gorzka!"
 
Gwałt się podniósł na wystawie:
"To zuchwalstwo! To bezprawie!
Zamknij buzię,
Arbuzie!"
 
Lecz on za nic ma owoce,
Szczerzy pestki i chichoce.
Melon dość już miał arbuza,
Krzyknął: "Głupiś! Szukasz guza!
Będziesz miał za swoje sprawki!"
Runął wprost na niego z szafki,
Potem stoczył go za ladę
I tam zrobił marmoladę.
 
ATRAMENT
 Nikt opisać nie potrafi,
Jaki w szkole powstał zamęt,
Gdy na lekcji geografii
Nagle rozlał się atrament.
 
Porozlewał się po mapie,
Co leżała na katedrze,
Tutaj cieknie, tam znów kapie,
Wnet do różnych miast się wedrze.
 
W Kocku, Płocku, Radzyminie
Czarne kleksy się rozprysły
I atrament dalej płynie,
I już wlewa się do Wisły.
 
Pewien strażak dla ochłody
Miał się kąpać w tym momencie,
Zdjął ubranie, wszedł do wody,
Lecz się znalazł w atramencie.
 
Strażakowi zrzedła mina:
"Cóż to znowu za pomysły!"
I czarniejszy od Murzyna
Wyszedł strażak z nurtów Wisły.
 
Długo martwił się i smucił:
"W straży tak się nie pokażę..."
Więc do straży nie powrócił,
Tylko został kominiarzem.
 
ATRAMENT I KREDA
 Wzdychała kreda: "Wciąż jestem biała,
Nie chcę być biała!..." No i - sczerniała.
 
Jęczał atrament: "O, losie marny,
Wciąż jestem czarny, kompletnie czarny,
 
Jak gdyby we mnie kto smołę przelał.
Nie chcę być czarny! Dość już!" I zbielał.
 
W szkole straszliwy zrobił się zamęt:
Ładna historia! Biały atrament!
 
Któż go na białym dojrzy papierze?
Nikną litery i kleksy świeże,
 
Nie zda się na nic wypracowanie,
Gdy z liter nawet ślad nie zostanie.
 
Zbladł nauczyciel i bladolicy
Przez chwilę z kredą stał przy tablicy,
 
Lecz nic napisać na niej się nie da:
Czarna tablica i czarna kreda!
 
Jak tu rozwiązać można zadanie,
Gdy cyfr odróżnić nikt nie jest w stanie.
 
Rzekł nauczyciel zakłopotany:
"Dziwne to, bardzo dziwne przemiany!
 
Kreda jest czarna, atrament biały...
Wiemy, kto robi takie kawały!"
 
Mówiąc to palec przytknął do czoła,
Groźnym spojrzeniem powiódł dokoła
 
I mnie, choć ja się winnym nie czuję,
Ze sprawowania postawił dwóję.
 
 
 
BABULEJ I BABULEJKA 
Pod Oszmianą nad Wilejką
Żył Babulej z Babulejką,
Ona była czarodziejką,
On - rzecz prosta - czarodziejem
I jadali mak z olejem
Babulejka z Babulejem.
 
Babulejka raz powiada:
"Babuleju, tak się składa,
Że mam starą koźlą skórę
Odwieźć dziś na Łysą Górę." 
Więc Babulej z Babulejką
Pojechali taradejką.
 
Nagle koń okulał w drodze,
Aż Babulej zaklął srodze.
"Jeśli kuleć chcesz, to kulej!" -
Rezolutnie rzekł Babulej
I zostawił konia w tyle.
 
Taradejka jedzie milę,
Jedzie drugą, wtem na trzeciej
Koło wprost do rowu leci,
Aż Babulej parsknął śmiechem:
"Ładna jazda z takim pechem,
Cóż - na miotle jeżdżą wiedźmy,
To my na trzech kołach jedźmy!"
 
Jadą dalej, wtem na szosie
Pogubili obie osie.
"Mocniej siedź na taradejce" -
Rzekł Babulej Babulejce
I ze śmiechem ściągnął lejce.
 
Tym sposobem znów przebyli
Siedem mil. Na ósmej mili
Taradejka się rozpadła,
Babulejka tylko zbladła,
A Babulej tak powiada:
"Zawsze jest na wszystko rada -
Bat nam został w tej podróży,
Niech w podróży dalszej służy."
 
Więc na bacie siedli wierzchem,
Pojechali, a przed zmierzchem
Byli już na Łysej Górze
I na koźlej siedząc skórze
Zajadali mak z olejem
Babulejka z Babulejem.
 
BAJKA O KRÓLU
Daleko stąd, daleko,
W stolicy, lecz nie w naszej,
Był król, co pijał mleko
I jadał dużo kaszy.
 
Martwili się kucharze:
"O, rety! Co się dzieje?
Król kaszę podać każe,
Król nic innego nie je!
 
Jak tu pracować można
I jak takiemu służ tu?
Król nie chce kaczki z rożna
Ani łososia z rusztu,
 
Król nie tknie nawet jaja,
Król nie zje nawet knedli,
Które we wszystkich krajach
Królowie zwykle jedli."
 
A król się śmiał: "Mnie wasze
Nie wzruszą narzekania,
Ja jadam tylko kaszę,
Zabierzcie inne dania!
 
Niech zbliży się podczaszy,
A choć i on narzeka,
Niech z flaszy mi do kaszy
Naleje szklankę mleka!"
 
Wzdychała Wielka Rada:
"Jadamy niczym chłopi,
Bo państwem naszym włada
Kaszojad i Mlekopij.
 
Codziennie nam na tacy
Podają miskę kaszy -
Tak mogą jeść biedacy
Z suteren lub z poddaszy,
 
Lecz my, Królewska Rada,
Narodu straż najstarsza,
Nam nawet nie wypada,
By kiszki grały marsza!"
 
A król wciąż rósł i mężniał,
Był coraz zdrowszy z wiekiem,
I mężniał, i potężniał
Jadając kaszę z mlekiem.
 
Lecz nie był zawadiaką
I nienawidził wojen,
A miał zasadę taką:
Co twoje, to nie moje.
 
Wróg trzymał się daleko,
Bo wroga król odstraszył.
A ty czy pijesz mleko?
Czy jadasz dużo kaszy?
 
BARAN
Przyszedł baran do barana
I powiada: "Proszę pana,
Nogi bolą mnie od rana,
Pan mnie weźnie na barana."
 
Baran tylko głową kręci:
"Nosić pana nie mam chęci,
Ale znam pewnego wilka,
Który nosił razy kilka."
 
Trwoga padła na barany:
"Dobrze pomyśl, mój kochany,
Wiesz, co było swego czasu?
Nie wywołuj wilka z lasu!"
 
Baran słysząc to zbaraniał,
Baran dłużej się nie wzbraniał,
I - choć rzecz to niesłychana -
Wziął barana na barana.
 
BRUDAS
Józio oświadczył: "Woda mi zbrzydła,
Dość już mam szczotki, wstręt mam do mydła!"
I odtąd przybrał wygląd straszydła.
 
Płakała matka i ojciec gryzł się:
"Ten Józio wszystkie soki z nas wyssie,
Od dwóch tygodni już się nie myje,
Czarne ma ręce, nogi i szyję,
Twarz ma od ucha brudną do ucha,
Czy kto takiego widział smolucha?
Poradźcie, ludzie, pomóżcie, ludzie,
Przecież nie można żyć w takim brudzie!"
 
Józio na prośby wszelkie był głuchy,
Lepił się z brudu jak lep na muchy,
Czego się dotknął, tam była plama,
Wołał: "Niech mama myje się sama,
Tato niech kąpie się nieustannie,
Stryjek i wujek niech siedzą w wannie,
Niech się szorują, a ja tymczasem
Będę brudasem! Chcę być brudasem!"
 
Przezwał go stryjek: "Józio-niemyjek",
Wujek doń mówił: "niemyty ryjek",
Błagała ciotka: "Józiu mój złoty,
Myj się!" Lecz Józio nie miał ochoty.
Wyniósł się w końcu z domu na Czystem
I zawiadomił rodziców listem,
Że myć się nie ma zamiaru, trudno!
I poszedł mieszać - dokąd? - na Bródno.