Przedszkole Miejskie nr 19
im. Jana Brzechwy
w Gorzowie Wlkp.
 
jesteś tu: strona główna    wiersze j. brzechwy "p"
szukaj:
Powiadom znajomego
Jeżeli znasz kogoś, kogo może zainteresować ta strona, powiadom go o niej.

Twoje imię/nazwisko/pseudonim



Adres e-mail znajomego



 
 

Wiersze J. Brzechwy "P"

 
PALI SIĘ
Leciała mucha z Łodzi do Zgierza, 
Po drodze patrzy: strażacka wieża, 
Na wieży strażak zasnął i chrapie, 
W dole pod wieżą gapią się gapie. 
Mucha strażaka ugryzła srodze, 
Podskoczył strażak na jednej nodze, 
Spogląda - gapie w dole zebrali się, 
Wkoło rozejrzał się - o, rety! Pali się!
 
Pożar widoczny, tak jak na dłoni! 
Złapał za sznurek, na alarm dzwoni: 
„Pożar, panowie! Wstawać, panowie! 
Dom się zapalił na Julianowie!”
Z łóżek strażacy szybko zerwali się - 
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!
Burmistrz zobaczył łunę z oddali: 
„Co to się pali? Gdzie to się pali? 
Na Sienkiewicza? Na Kołłątaja? 
Czy też w Alei Pierwszego Maja? 
Może spółdzielnia? Może piekarnia? 
Łuna już całe niebo ogarnia”.
Wstali strażacy, szybko ubrali się. 
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!

Wyszli na balkon sędzia z sędziną, 
Doktor, choć mocno spał pod pierzyną, 
Wybiegł i patrzy z poważną miną. 
Z okna wychylił głowę mierniczy, 
A już profesor z przeciwka krzyczy:
„Obywatele! Wiadra przynieście! 
Wszyscy na rynek! Pali się w mieście, 
Dom cały w ogniu, zaraz zawali się! 
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!”
Biegną już ludzie z szybkością wielką: 
Więc nauczyciel z nauczycielką, 
Fryzjer, sekretarz, telegrafista, 
No i milicjant, rzecz oczywista.

Straż jest gotowa w ciągu minuty. 
Konia prowadzą - koń nie podkuty! 
Trzeba zawołać szybko kowala, 
Pożar na dobre się już rozpala!
Prędzej! Gdzie kowal?! To nie zabawka! 
Dawać sikawkę! Gdzie jest sikawka?!
Z pompą zepsutą niełatwa sprawa. 
Woda do beczki! Beczka dziurawa! 
Trudno, to każdej beczce się zdarza. 
Który tam?! Prędzej, dawać bednarza!
Zbierać siekiery, haki i liny! 
Pali się w mieście już od godziny! 
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!

Wreszcie strażacy szybko zebrali się, 
Beczkę zatkali drewnianym czopem, 
Jadą już, jadą, pędzą galopem. 
Przez Sienkiewicza, przez Kołłątaja, 
Prosto w Aleję Pierwszego Maja - 
Już przyjechali, już zatrzymali się: 
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!
„Co to się pali? Gdzie to się pali?” 
Teren zbadali, ludzi spytali 
I pojechali galopem dalej.

„Gdzie to się pali? Może to tam?” 
Jadą i trąbią: tram – tra – ta - tam! 
Jadą Nawrotem, Rybną, Browarną, 
A na Browarnej od dymu czarno, 
Wszyscy czekają na straż pożarną. 
Więc na Browarnej się zatrzymali: 
„Gdzie to się pali?” „Tutaj się pali!”
Z całej ulicy ludzie zebrali się. 
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!
Biegną strażacy, rzucają liny, 
Tymi linami ciągną drabiny, 
Włażą do góry, pną się na mury, 
Tną siekierami, aż lecą wióry! 
Czterech strażaków staje przy pompie - 
Zaraz się ogień w wodzie ukąpie.

To nie przelewki, to nie zabawki! 
Tryska strumieniem woda z sikawki, 
Syczą płomienie, syczą i mokną, 
Tryska strumieniem woda przez okno, 
Już do komina sięga drabina, 
Z okna na ziemię leci pierzyna, 
Za nią poduszki, szafa, komoda, 
W każdej szufladzie komody - woda. 
Kot jest na strychu, w trwodze się miota, 
Biegną strażacy ratować kota. 
Włażą do góry, pną się na mury, 
Tną siekierami, aż lecą wióry, 
Na dół spadają kosze, tobołki, 
Stołki fikają z okien koziołki, 
Jeszcze dwa łóżka, jeszcze dwie ławki, 
A tam się leje woda z sikawki.

Tak pracowali dzielni strażacy, 
Że ich zalewał pot podczas pracy; 
Jeden z drabiny przy tym się zwalił, 
Drugi czuprynę sobie osmalił, 
Trzeci, na dachu tkwiąc niewygodnie, 
Zawisł na gwoździu i rozdarł spodnie, 
A ci przy pompie w żałosnym stanie 
Wzdychali: „Pomóż, święty Florianie!”
Tak pracowali, że już po chwili 
Pożar stłumili i ugasili. 
Jeszcze dymiące gdzieniegdzie głownie 
Pozalewali w kwadrans dosłownie, 
Jeszcze sprawdzili wszystkie kominy, 
Zdjęli drabiny, haki i liny, 
Jeszcze postali sobie troszeczkę, 
Załadowali pompę na beczkę, 
Z ludźmi odbyli krótką rozmowę, 
Wreszcie krzyknęli: „Odjazd! Gotowe!”

Jadą z powrotem, jadą z turkotem, 
Jadą Browarną, Rybną, Nawrotem, 
Jadą i trąbią: tram-tra-ta-tam! 
Ludzie po drodze gapią się z bram, 
Śmieją się do nich dziewczęta z okien 
I każdy dumnym spogląda okiem:
„Rzadko bywają strażacy tacy, 
Tacy strażacy - to są strażacy, 
Takich strażaków potrzeba nam!”
Tra – tra – ta - tam! Tra – tra – ta - tam!

Mucha wracała właśnie do Łodzi; 
Strażak na wieży kichnął. Nie szkodzi. 
Inny strażacy po ciężkiej pracy 
Myją się, czyszczą - jak to strażacy. 
Koń w stajni grzebie nową podkową, 
A beczka błyszczy obręczą nową. 
Mucha spojrzała i odleciała - 
Tak się skończyła historia cała.

PIĄTEK
Uciekł piątek z kalendarza - 
To się nieraz piątkom zdarza. 
Poszedł z nudów między ludzi 
I wciąż stękał: „Mnie się nudzi!” 
Chciał go kowal wziąć do kuźni: 
„Piątek w piątek się nie spóźni, 
W piątek dobry jest początek, 
Taki piątek to majątek”. 
Wziął się piątek do roboty, 
Nic nie robił do soboty,

Aż się kowal zaczął złościć: 
„Cóż ty umiesz?!” „Umiem pościć”. 
Kowal na to rzekł po prostu: 
„Idź gdzie indziej szukać postu!” 
Poszedł piątek do masarza: 
„Jestem, panie, z kalendarza, 
Jako postny, jem niewiele, 
Dość mi śledzia na niedzielę, 
Gdybym dostał jakąś pracę, 
Chętnie kilka godzin stracę”. 
Odrzekł masarz: „Mam kiełbasy, 
Na kiełbasy każdy łasy, 
Więc to chyba całkiem proste, 
Że nie dla mnie piątek z postem”.

Poszedł piątek do stelmacha: 
„Pan tak ładnie młotkiem macha, 
Ja bym też się zajął pracą, 
Może tutaj zdam się na co?” 
Ale stelmach zawsze w piątki 
Miał z żołądkiem nieporządki, 
Więc mu kazał się wynosić: 
„I bez ciebie poszczę dosyć!” 
Zdun go nie chciał, nie chciał rymarz: 
„Długo z takim nie wytrzymasz”. 
Idzie piątek i rozważa: 
„Wrócę znów do kalendarza”.

Poszedł, zerwał kilka kartek: 
„Proszę państwa, dziś jest czwartek, 
Jutro piątek. Jutro wszędzie 
Niechaj postny obiad będzie”.

PO ROZUM DO GŁOWY
Bywa tak, że gdy człowiek pogrąży się we śnie, 
Członki ciała nie mogą zasnąć jednocześnie. 
Człowiek śpi, a tu naraz odezwą się uda:
„Całą noc tak przeleżeć - toż po prostu nuda, 
Zwłaszcza że my jesteśmy pełne animuszu”.
Na to łokieć odpowie: „Puszczam mimo uszu 
Waszą głupią uwagę. Ona mnie nie wzruszy”.
„Mimo uszu? Zuchwalec! - zawołały uszy. - 
Łokieć zawsze obmawia nas poza plecami”.
 
Tu plecy się odezwą: „Mówiąc między nami, 
Uszy się poufalą. Gdzie uszy, gdzie plecy?”
Na to szyja zawoła: „Już nie róbcie hecy, 
Nogo, przemów do pleców, zrób to, moja droga!”
„To mi jest nie na rękę” - powiedziała noga.
Ręka się zaperzyła: „Ach, ty nogo bosa, 
Znowu ze mną zaczynasz! Pilnuj swego nosa!”
Nos kichnął, aż się echo rozległo w sypialce: 
„O mnie mowa? Ja na to patrzę się przez palce”.
Tu palce oburzone zawołały chórem: 
„Bezczelny! Patrzy przez nas! Gbur jest zawsze gburem”.
 
 
 
Kolano, nieruchomo leżąc pod tułowiem, 
Rzekło: „Język mnie świerzbi, ale nic nie powiem”.
Język, co drzemał w ustach, obudził się, mlasnął 
I rzekł do podniebienia: „Takem smacznie zasnął, 
Teraz ja ich przegadam, skoro już nie drzemię”.
„Język - zgrzytnęły zęby - nie jest bity w ciemię”.
Ciemię się rozgniewało: „Skończcie te rozmowy, 
Czas już pójść, słowo daję, po rozum do głowy”.
„Pójść po rozum do głowy? - rzekły członki ciała. - 
Owszem. Chętnie!” I poszły. Ale głowa spała.

POMIDOR
Pan pomidor wlazł na tyczkę 
I przedrzeźnia ogrodniczkę. 
„Jak pan może, 
Panie pomidorze?!”
Oburzyło to fasolę: 
„A ja panu nie pozwolę! 
Jak pan może, 
Panie pomidorze?!”

Groch zzieleniał aż ze złości: 
„Że też nie wstyd jest waszmości, 
Jak pan może, 
Panie pomidorze?!”
Rzepa także go zagadnie: 
„Fe! Niedobrze! Fe! Nieładnie! 
Jak pan może, 
Panie pomidorze?!”
Rozgniewały się warzywa: 
„Pan już trochę nadużywa. 
Jak pan może, 
Panie pomidorze?!”

Pan pomidor zawstydzony, 
Cały zrobił się czerwony 
I spadł wprost ze swojej tyczki 
Do koszyczka ogrodniczki.
 
 
PRIMA APRILIS
Wiecie, co było pierwszego kwietnia? 
Kokoszce wyrósł wielbłądzi garb, 
W niebie fruwała krowa stuletnia, 
A na topoli świergotał karp.
Żyrafa miała króciutką szyję, 
Lwią grzywą groźnie potrząsał paw, 
Wilk do jagnięcia wołał: „Niech żyje!”, 
A zając przebył ocean wpław.

Tygrys przed myszą uciekał z trwogi, 
Wieloryb słonia ciągnął za czub, 
Kotu wyrosły jelenie rogi, 
A baranowi - bociani dziób.
Niedźwiedź miał ptasie skrzydła po bokach, 
Krokodyl stłukł się i krzyknął: „Brzdęk!” 
„Prima aprilis!” - wołała foka, 
A hipopotam ze śmiechu pękł.