Wiersze J. Brzechwy "D, E, "

 
DRZEWA
Drzewo jest mocniejsze niż lew i niż wół,
Drzewo nawet przerasta żyrafę,
A człowiek jak zechce, to zrobi z drzewa stół
Albo drzwi, albo nawet szafę.
 
Kiedy się przebiega aleją,
Widać drzewa potężne i masywne,
Ale chodzić drzewa nie umieją -
Czy to nie dziwne?
 
A gdyby nawet poszły, to gdzieżby?
Gdzieżby poszły, powiedzmy, wierzby?
Nad rzekę? I tak są nad rzeką,
A nad morze iść - za daleko.
 
Topole pobiegłyby drogą,
Bo najłatwiej przy drodze stąc mogą,
Sosny ruszyłyby do Jeziorny,
Gdzie z nich robi się papier wyborny.
 
Brzozy poszłyby do Sierpca, gdzie z brzóz
Ludzie robią i koła i wóz...
Do Sierpca? A może do Nieszawy?
Brzozy lubią dalekie wyprawy.
 
Dęby udałyby się do Piły
I szukały tam pił w niemałym trudzie.
A jawory by się bawiły
W "Jawor, jawor, jaworowi ludzie."
 
I tylko nikt nie wie,
Dokąd poszłyby sobie modrzewie,
Bo modrzewie to takie drzewa,
Które myślą o tym, czego się nikt nie spodziewa.
 
DWA RAZY DWA
 Niech mi powie, kto ma chęć 
I kto chce być ze mną szczery, 
Czy dwa razy dwa jest pięć, 
Czy dwa razy dwa jest cztery.
Kot zamruczał: „Chyba kpisz, 
Czy to dla mnie jest robota? 
Mnie obchodzi jedna mysz, 
A rachunki - nie dla kota”.

Pies wykonał dziwny ruch: 
„Ja nie jestem na usługi! 
Umiem liczyć, lecz do dwóch”. 
Po czym warknął raz i drugi.
Koń powiedział jednym tchem: 
„Łeb mam duży, lecz ubogi. 
I to tylko dobrze wiem: 
Każdy koń ma cztery nogi”.
Wół najpewniej z nich się czuł, 
Rzekł: „Sprawdziwszy cztery kąty, 
Stwierdzam fakt, że jako wół 
W mej oborze jestem piąty”.

Kogut zapiał: „Ja mam raj - 
Macham tylko pióropuszem, 
Lecz nie znoszę przecież jaj, 
A więc liczyć też nie muszę”.
Rzekła kaczka: „Kwa-kwa-kwa, 
Z dziećmi chadzam na spacery, 
Mam ich tu dwa razy dwa, 
Czyli mam kaczątka cztery”.
 
DWA WIDELCE
Szły sobie dwa widelce
Zarozumiałe wielce.
 
Rzekł jeden: "Widzę woła,
Wół dwóm nam nie podoła,
Wół dla mnie nie nowina,
Bo wół - to wołowina,
To zwykła sztuka mięsa,
Co w polu się wałęsa."
 
Odrzecze na to drugi:
"Znam dobrze twe zasługi,
Ja także, bez przesady,
Przebijam funt sztufady,
A ile to już razy
Kłułem wołowe zrazy,
Rumsztyki, antrykoty -
Miałem z tym dość roboty."
 
Rzekł pierwszy szczerząc zęby:
"Ja do niejednej gęby
Wpychałem polędwicę,
Czym po dziś dzień się szczycę.
Wołową pieczeń stale
Przebijam na trzy cale
I jestem dosyć mądry,
By zmóc najtwardsze szpondry."
 
Rzekł drugi: "Dość złorzeczeń,
Wiadomo już, raz pieczeń,
Raz befsztyk, raz sztufada -
To świetnie nam się składa,
Bo z faktów tych wynika,
Że bijąc przeciwnika
Kawałek za kawałkiem,
Pobiliśmy go całkiem!"
 
A wół kopnięciem nogi
Zrzucił widelce z drogi
I wobec późnej pory
Spać poszedł do obory.
 
DWIE GADUŁY 
Ponoć dotąd ziemski padół
Nie znał jeszcze takich gaduł,
Jak dwie panie: Madalińska
Z Gadalińską z miasta Młyńska.
 
W domu, w sklepie czy na rynku
Językami, tak jak w młynku,
Mielą wciąż bez odpoczynku;
Każda gada - byle długo,
Jedna z drugą i przez drugą,
A gdy zasną, nawet we śnie
Rozmawiają jednocześnie:
O tym, co się z wiatrem dzieje,
Wtedy, kiedy wiatr nie wieje,
Że na poczcie wybuchł pożar,
Że się mydlarz z praczką pożarł,
Że aptekarz dostał pryszczy,
Że sędzinie nos się błyszczy,
Że kokoszka od sąsiadki
Zniosła cztery jajka w kratki,
Że cioteczna spod Piaseczna
Okazała się stryjeczna,
Bo kuzynka z Ciechocinka
Zamiast córki miała synka,
Po czym właśnie znikła z Młyńska
Ciechocińska Madalińska.
 
Madalińska rada gada,
Gadalińskiej opowiada:
Kto, dlaczego, jak i kogo.
A sąsiedzi spać nie mogą.
 
Krzyczy piekarz: "Moje panie,
Czas już skończyć to gadanie!"
Doktor także lubi ciszę,
Do milicji skargę pisze.
 
Przyszła władza, jak to władza,
Upomina i doradza:
"Dość już, pani Madalińska,
Dość już, pani Gadalińska,
Bo wyjadą panie z Młyńska!"
 
Lecz to dla nich rzecz nienowa,
Niechaj wobec nich się schowa
Cała Rada Narodowa.
 
Gadalińska rada gada,
Madalińskiej opowiada:
"Mówią w maglu, moja pani,
Że na wiosnę będzie taniej,
A po drugie, że już w lecie
Będzie wojna, a po trzecie,
Że się wszystko jeszcze zmieni,
Jak śnieg spadnie na jesieni."
 
Tak już siedem lat bez przerwy
Wszystkim w mieście szarpią nerwy
Dwie plotkarki: Gadalińska
Z Madalińską z miasta Młyńska.
 
DWIE KRAWCOWE
Wędrowały dwie krawcowe,
Szyły piękne suknie nowe.
 
Szyły suknie w groszki, w kwiatki,
W paski, w kratki i w zakładki,
 
W krążki, w prążki oraz w cętki,
Aż cieszyły się klientki.
 
Kiedy przyszły do Skierniewic,
Zobaczyły osiem dziewic,
 
Osiem panien burmistrzanek
Różowiutkich jak poranek.
 
Wezwał burmistrz dwie krawcowe:
"Dla mych córek zróbcie nowe,
 
Piękne suknie w różny deseń,
Niech wystroją się na jesień!"
 
Rozłożyły dwie krawcowe
Materiały kolorowe.
 
Siedem panien skromny gust ma,
A kaprysi właśnie ósma:
 
Nie chce krążków, prążków, kratek
Ani groszków na dodatek,
 
Na desenie wciąż się dąsa,
Oczy we łzach, buzia w pąsach.
 
Burmistrz łamie sobie głowę,
Wreszcie woła dwie krawcowe:
 
"W magistracie, jak to bywa,
Dokumenty mam w archiwach,
 
Mogę dać wam z dokumentów
Pięćset kropek z atramentu,
 
Dość już mam tej całej szopki,
Niechaj będzie suknia w kropki!"
 
Burmistrzanka się uśmiecha:
"Z kropek może być pociecha!"
 
Bardzo długo trwało szycie,
Lecz wypadło znakomicie
 
I na balach tym ślicznościom
Przyglądano się z zazdrością.
 
Odtąd panny w Skierniewicach
Mają kropki na spódnicach. 
 
DZIURAWE BUTY 
Dwa dziurawe buty szły po podłodze,
W każdym bucie było po jednej nodze,
A na dwóch nogach ubranych w spodnie
Jan Marcin Szancer przechadzał się godnie.
To ten artysta, słynny ilustrator,
Znany od Amsterdamu aż po Ułan-Bator.
Jan Marcin Szancer psa rudego miał,
Pies ten był rasy, do zwie się czau-czau
I nie używa języka hau-hau,
Gdyż na przekór psim obyczajom
Psy czau-czau mruczą, ale nie szczekają.
 
Otóż pies ten codziennie od rana
Mruczał u nóg swego pana
I łasił się do niego dopóty,
Aż z miłości zaczynał obgryzać mu buty.
Taką sobie wymyślił zabawę!
 
Dlatego właśnie buty te były dziurawe.

 
DZIURA W MOŚCIE
Na obiad jadą goście. 
„Uwaga! Dziura w moście!”
Pod mostem płynie rzeka, 
Wiadomo, że z daleka.
Do morza wpada rada, 
Inaczej nie wypada.
„Uwaga! Dziura w moście!” 
Lecz goście, jak to goście,
Czy dziura, czy też woda - 
To dla nich nie przeszkoda.
Więc pierwszy wpadł do wody 
Aptekarz niezbyt młody,
A za nim w ślad sędzina 
I doktor z Krotoszyna.
Następnie z mostu leci 
Dentystka z trojgiem dzieci,
Mierniczy, pisarz gminny 
I rejent niezbyt zwinny,
I burmistrz, smakosz wielki, 
I dwie nauczycielki.

Płynęli, jak umieli, 
Od środy do niedzieli,
Do Płocka dopłynęli, 
Dość mieli tej kąpieli.
Więc pierwszy wyszedł z wody, 
Aptekarz niezbyt młody,
A za nim w ślad sędzina, 
Dentystka cała sina,
A potem jej rodzina 
I doktor z Krotoszyna,
Mierniczy cały drżący 
I rejent kichający,

I burmistrz, smakosz wielki, 
I dwie nauczycielki,
I w końcu pisarz gminny, 
A obiad zjadł kto inny.
Bo czyż potrzebni goście? 
Owszem. Jak dziura w moście! 
 
ENTLICZEK-PENTLICZEK 
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek,
A na tym stoliczku pleciony koszyczek,
 
W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,
A na tym robaczku zielony kubraczek.
 
Powiada robaczek: "I dziadek, i babka,
I ojciec, i matka jadali wciąż jabłka,
 
A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta!
Mam chęć na befsztyczek!" I poszedł do miasta.
 
Szedł tydzień, a jednak nie zmienił zamiaru,
Gdy znalazł się w mieście, poleciał do baru.
 
Są w barach - wiadomo - zwyczaje utarte:
Podchodzi doń kelner, podaje mu kartę,
 
A w karcie - okropność! - przyznacie to sami:
Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,
 
Duszone są jabłka, pieczone są jabłka
I z jabłek szarlotka, i komput [placek], i babka!
 
No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek?
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek.