Wiersze J. Brzechwy "I, J, K"

 
 INDYK
Szedł indyk ulicą Wolską.
"Czy umie pan mówić po polsku?"
"Nie umiem." "A po jakiemu?"
"Po indyczemu,
A jeszcze po gęsiemu, po kaczemu i po kurzemu."
"A czemu pan jest taki srogi?"
"Bo chodzę po ulicy i mokną mi nogi."
"A ile pan ma nóg?"
"Miałbym cztery, gdybym mógł,
Ale że czterech nie mam,
Więc zadowalam się dwiema."
"A gdzie pan ma swoje kalosze?"
"Ja kaloszy w ogóle nie noszę."
"A może mieszkania pan nie ma?"
"Owszem, mam. Na ulicy Bema."
"A wysoko mieszka pan indyk?"
"Na piątym piętrze, bez windy."
"Tak wysoko? Mój Boże,
Toteż pewno pan zdążyć na obiad nie może?"
"No właśnie! A w domu zamieszanie,
Wszyscy zaczynają narzekać,
Towarzystwo do stołu zasiadło..."
"A czy muszą na pana czekać?"
"Cóż za pytanie:
Przecież nie ja będę jadł, tylko się mnie będzie jadło."
 
 
 
JAJKO
 Było sobie raz jajko mądrzejsze od kury.
Kura wyłazi ze skóry,
Prosi, błada, namawia: "Bądź głupsze!"
Lecz co można poradzić, kiedy ktoś się uprze?
 
Kura martwi się bardzo i nad jajkiem gdacze,
A ono powiada, że jest kacze.
 
Kura prosi serdecznie i szczerze:
"Nie trzęś się, bo będziesz nieświeże."
A ono właśnie się trzęsie
I mówi, że jest gęsie.
 
Kura do niego zwraca się z nauką,
Że jajka łatwo się tłuką,
A ono powiada, że to bajka,
Bo w wapnie trzyma się jajka.
 
Kura czule namawia: "Chodź, to cię wysiedzę."
A ono ucieka za miedzę,
Kładzie się na grządkę pustą
I oświadcza, że będzie kapustą.
 
Kura powiada: "Nie chodź na ulicę,
Bo zrobią z ciebie jajecznicę."
A jajko na to najbezczelniej:
"Na ulicy nie ma patelni."
 
Kura mówi: "Ostrożnie! To gorąca woda!"
A jajko na to: "Zimna woda! Szkoda!"
Wskoczyło do ukropu z miną bardzo hardą
I ugotowało się na twardo.
 
 
JAK ROZMAWIAĆ TRZEBA Z PSEM
Wy nie wiecie, a ja wiem,
Jak rozmawiać trzeba z psem,
 
 
Bo poznałem język psi,
Gdy mieszkałem w pewnej wsi.
 
 
A więc wołam: - Do mnie, psie!
I już pies odzywa się.
 
 
Potem wołam: - Hop-sa-sa!
I już mam przy sobie psa.
 
 
A gdy powiem: - Cicho leż!
Leżę ja i pies mój też.
 
 
Kiedy dłoń wyciągam doń,
Grzecznie liże moją dłoń.
 
 
I zabawnie szczerzy kły,
Choć nie bywa nigdy zły.
 
 
Gdy psu kość dam - pies ją ssie,
Bo to są zwyczaje psie.
 
 
Gdy pisałem wierszyk ten,
Pies u nóg mych zapadł w sen,
 
 
Potem wstał, wyprężył grzbiet,
Żebym z nim na spacer szedł.
 
 
Szliśmy razem - ja i on,
Pies postraszył stado wron,
 
 
Potem biegł zwyczajem psim,
A ja biegłem razem z nim.
 
 
On ujadał. A ja nie.
Pies i tak rozumie mnie,
 
 
Pies rozumie, bo ja wiem,
Jak rozmawiać trzeba z psem.
 
 
 
JASNE JAK SŁOŃCE
Gdy pełzną dwa zaskrońce,
Z nich każdy ogon ma.
To jasne jest jak słońce
I jak dwa razy dwa.
Gdy wierzgnąć kogoś koń chce,
W tył wierzga, a nie w przód.
To jasne jest jak słońce,
To proste jest jak drut.
Kij zawsze ma dwa końce,
A sroka nogi dwie,
To jasne jest jak słońce
I każdy o tym wie.
Gdy grać na trąbie słoń chce,
Nie potrzebuje nut,
To jasne jest jak słońce,
To proste jest jak drut.
Lecz co dzień, zanim zasnę,
Zamyślam się przed snem:
Choć słońce takie jasne,
Cóż ja o słońcu wiem?
 
 
JEŻ
Idzie jeż, idzie jeż,
Może ciebie pokłuć też!
 
Pyta wróbel: "Panie jeżu,
Co to pan ma na kołnierzu?"
 
"Mam ja igły, ostre igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!"
 
Idzie jeż, idzie jeż,
Może ciebie pokłuć też!
 
Zoczył jeża młody szczygieł:
"Po co panu tyle igieł?"
 
"Mam ja igły, ostre igły,
Żeby kłuć niegrzeczne szczygły!"
 
 Sroka też ma kłopot świeży:
"Po co pan się tak najeżył?"
 
"Mam ja igły, ostre igły,
Będę z igieł robił widły!"
 
Wzięła sroka nogi za pas:
"Tyle wideł! Taki zapas!"
 
W dziesięć chwil już była na wsi:
"Ludzie moi najłaskawsi,
 
Otwierajcie drzwi sosnowe,
Dostaniecie widły nowe!"
 
JEŻ, KTÓRY ZASPAŁ
Na czubku sosny rozsiadł się szczygieł
I tak wydziwiał: - O, ile igieł!
Jak dużo igieł! Cóż to za wygląd?
Szkoda, że nie ma tu moich szczygląt,
Uśmiałyby się do łez na pewno
 Widząc igłami pokryte drewno.
 
Odrzekła sosna: - Nie dotkniesz nas tym.
Sosna jest przecież drzewem iglastym;
Każde iglaste drzewo ma igły,
A to dla szczygłów twór niedościgły.
 
Część tej rozmowy podsłuchał jeż,
Pomyślał sobie: "Mam igły też,
Innymi słowy, jestem iglasty."
Podreptał szybko przez mchy i chwasty
Wołając: - Patrzcie, igły mi rosną,
Nie chcę być jeżem, stanę się sosną!
Już wiem, co zrobię: pobiegnę w puszczę
I tam korzenie w ziemię zapuszczę.
 
Niebawem w lesie zaczął ryć norę
W głąb gdzie sięgają korzenie spore,
Lecz gdy się zarył po czubek głowy,
Ziewnął i zapadł w swój sen zimowy.
 
Spał, aż się wreszcie zbudził na wiosnę.
Pomyślał: "Pewno wysoko rosnę..."
Wyszedł odetchnąć powietrzem świeżym.
A szczygieł szydzi: - Furt jesteś jeżem,
Jeżem - nie sosną! Zaspałeś trochę...
Jeśli chcesz piąć się, to nie bądź śpiochem.
 
KACZKA-DZIWACZKA
Nad rzeczką opodal krzaczka
Mieszkała kaczka-dziwaczka,
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki.
 
Raz poszła więc do fryzjera:
"Poproszę o kilo sera!"
 
Tuż obok była apteka:
"Poproszę mleka pięć deka."
 
Z apteki poszła do praczki
Kupować pocztowe znaczki.
 
Gryzły się kaczki okropnie:
"A niech tę kaczkę gęś kopnie!"
 
Znosiła jaja na twardo
I miała czubek z kokardą,
A przy tym, na przekór kaczkom,
Czesała się wykałaczką.
 
Kupiła raz maczku paczkę,
By pisać list drobnym maczkiem.
Zjadając tasiemkę starą
Mówiła, że to makaron,
A gdy połknęła dwa złote,
Mówiła, że odda potem.
 
Martwiły się inne kaczki:
"Co będzie z takiej dziwaczki?"
 
Aż wreszcie znalazł się kupiec:
"Na obiad można ją upiec!"
 
Pan kucharz kaczkę starannie
Piekł, jak należy, w brytfannie,
 
Lecz zdębiał obiad podając,
Bo z kaczki zrobił się zając,
W dodatku cały w buraczkach.
 
Taka to była dziwaczka!
 
KACZKI
Po podwórku chodzą kaczki,
Wszystkie bose nieboraczki,
A w dodatku nieodziane,
To są rzeczy niesłychane!
 
Choć serdaczek, choć kubraczek
Mógłby znaleźć się dla kaczek,
A na nogi - jakieś kapce,
A na głowy choć po czapce,
 
Bo to zima akurat,
Chwycił mróz i śnieg już spadł.
 
Poszły kaczki do krawcowej:
"Chcemy mieć kubraczki nowe,
Zimno wszystkim nam szalenie,
Pani przyjmie zamówienie.
 
Lecz uwzględnić pani raczy,
Że to ma być fason kaczy.
Tu zakładka, a tu szlaczek,
To jest coś w sam raz dla kaczek,
 
Krój warszawski, bądź co bądź,
Zechce pani miarę zdjąć."
 
Potem kaczki na Królewskiej
Odszukały zakład szewski
I już pierwsza kaczka kwacze:
"Pan nam zrobi kapce kacze,
 
Takie małe, zgrabne kapce,
By na małej kaczej łapce
Należycie się trzymały
I na sprzączki zapinały."
 
Odrzekł szewc, bo nie był leń:
"Zrobię kapce w jeden dzień."
 
Już nazajutrz poszły kaczki
Do krawcowej po kubraczki
I po kapce na Królewską,
Ale wpadły w pasję szewską:
 
Szewc zażądał pięć tysięcy,
A krawcowa jeszcze więcej.
"Bez pieniędzy, drogie panie,
Dzisiaj nic się nie dostanie.
 
Zapytajcie zręsztą dam,
One to potwierdzą wam."
 
Kaczki kwaczą i tłumaczą:
"Pieniądz nie jest rzeczą kaczą,
Żadna z nas się nie bogaci,
Nam za jajka nikt nie płaci."
 
Ale na to szewc z krawcową
Powtórzyli słowo w słowo
To co przedtem: "Drogie panie,
Darmo nic się nie dostanie."
 
Z tej przyczyny kaczy ród
Jest ubrany tak jak wprzód,
A tu zima akurat,
Chwycił mróz i śnieg już spadł.
 
KAPCE
Babka ma dziurawe buty,
A tu idzie mroźny luty -
Trzeba kupić babce
Kapce.
 
Zgromadziła się rodzina,
Córka, syn i córka syna:
Gdzie tu kupić babce.
Kapce?
 
Rozważali, rozmyślali,
Nie wie nikt, co robić dalej.
Za co kupić babce
Kapce?
 
Napisali do kuzyna,
Żeby kuzyn ze Szczecina
Szybko przysłał babce
Kapce.
 
Kuzyn skąpy był z zasady,
Nie odpisał. Nie ma rady,
Trzeba kupić babce
Kapce.
 
To dopiero są kłopoty!
Uzbierali dziesięć złotych -
Jak tu kupić babce
Kapce?
 
Rozmyślali, a czas płynął,
Minął luty, marzec minął,
Czas już kupić babce
Kapce.
 
Już pieniądze mieli na to,
A tymczasem przyszło lato,
Na co w lecie babce,
Kapce.
 
Niepotrzebne kapce w lecie.
Za to teraz wszyscy wiece,
Jak kupować babce
Kapce.