Wiersze J. Brzechwy "K"

 
KOLORY
Malarz wciąż zachodził w głowę:
Są kolory i odcienie,
Każdy inną ma wymowę,
Każdy jakieś ma znaczenie.
 
Aż podsłuchał raz w farbiarni,
Jak sprzeczały się kolory:
- Żółty trzyma się najmarniej,
Żółty jest na zazdrość chory.
 
- Też gadanie... Zresztą zgoda,
Mnie zazdrosne lubią żony,
Taka jest w tym roku moda:
Żółty kolor, nie czerwony.
 
Mruknął czarny: - Czy należy
W takie wdawać się rozmowy?
Jak czerwony się zaperzy,
To się robi fioletowy.
 
- Zamilcz! Wszystkim się podoba
Modny kolor fioletowy,
A ty jesteś coa? Żłoba!
Ciebie lubią tylko wdowy.
pszy czarny jest niż bi
- Leały!
- Lepszy biały, za to ręczę,
Wszak się na mnie poskładały
Barwy, które tworzą tęczę.
 
- Tylko panny i oseski
Białym chlubią się kolorem...
- A niebieski
- Co niebieski?
- Jego tu na świadka biorę.
 
KONIK POLNY I BOŻA KRÓWKA
Konik polny z bożą krówką
Poszli raz ku Kalatówkom.
 
Patrzą w górę - a tu góra
Cała szczytem tonie w chmurach.
 
Konik polny rzekł, pobladłszy:
"Popatrz, góra jak się patrzy!"
 
Boża krówka aż struchlała:
Idzie na nas góra cała!"
 
Co tu robić? Konik polny,
Do decyzji szybkich zdolny,
 
Rzecze: "Mam ja wyjście proste;
Trzeba jej dorównać wzrostem,
 
W walce z górą ten coś wskóra,
Kto się stanie sam jak góra!"
 
Szybko wzięli się do dzieła,
Boża krówka się nadęła,
 
Rosła, rosła i pęczniała,
Wkrótce miała metr bez mała.
 
Rósł też dzielnie jej towarzysz
I wciąż pytał: "Ile ważysz?"
 
Bo im przecież z każdą chwilą
Przybywało po pięć kilo.
 
Tak więc rośli, rośli, rośli,
Aż wyrośli znad zarośli,
 
Aż się stali, daję słowo,
Jedno koniem, drugie krową.
 
KOS
Kos wszedł na rzece na mostek,
Przemoczył nogi do kostek.
Jęknął więc na cały głos:
"Rany koskie, jakem kos,
Na pewno będę miał katar!
Niechby mi plecy ktoś natarł,
Niechby dał ktoś aspitynę,
Bo na pewno marnie zginę!"
 
Poleciał kos do lekarza:
"Doktorku, to mnie przeraża,
Przemoczyłem sobie nogi,
Ratuj mnie, doktorku drogi!"
 
Lekarz się roześmiał w głos
I spojrzał na kosa z ukosa:
"Do kataru potrzebny jest nos,
A kos przecież nie ma nosa.
Chętnie z tobą się założę:
Dziecku to zaszkodzić może,
Lecz ty, kosie, co chcesz rób,
Nie masz nosa, tylko dziób.
Mój drogi, ptakom katar nie zagraża."
 
Kos jak niepyszny wyszedł od lekarza,
Zawstydzony kroczył lasem,
A ptaki dookoła ćwierkały tymczasem:
"Patrzcie, patrzcie, idzie kos,
Ależ mamy z kosem los,
Kosi-kosi łapki,
Pogadaj do babki!
Co, kosie? Co, kosie? Co, kosie?
Dostało ci się po nosie!"
 
KOT 
Pewnego dnia, w Koluszkach,
Cichutko, na paluszkach
Zbliżył się do mnie kot bury,
Wysunął groźnie pazury
I rzekł ze złością: "Mój panie,
A cóż to za zachowanie?
Pisał pan bajkę po bajce,
O jakiejś tam pchle-szachrajce,
O sowach, o dzięciołach
I o wołach - Wałkoniach,
A także o koniach -
P-r-r-r...
O lwach takich strasznych, aż strach -
B-r-r-r...
I o złych, nienawistnych psach -
W-r-r-r...
O płazach różnych tylu,
O krokodylu z Nilu,
O smoku na Wawelu,
O ptakach bardzo wielu,
O rakach, o ślimakach,
A nawet o robakach
I o dorszu w Sopocie,
Który się nie chciał strzyc,
No, a co pan napisał o kocie?
Nic!
 
A przecież kot, proszę pana,
To postać powszechnie znana.
To pożyteczna istota,
A pan wciąż pomija kota!
Jakiż pan przykład daje?
Cóż to za obyczaje?
Żądam teraz niezłomnie:
Proszę w domu siąść na kanapie
I wiersz napisać o mnie,
A jak nie - to panu oczy wydrapię!"
Tak mówił do mnie kot bury
Pokazując pazury.
 
Cóż tedy robić miałem?...
W Warszawie, po powrocie,
Siadłem i napisałem
Właśnie ten wiersz o kocie.
 
KOZA
Na ulicy Koziej 
Koza dzieciom grozi, 

Że je czeka wielka bieda, 
Że koziego mleka nie da, 
Że im każe stać na chłodzie, 
Że rogami je pobodzie, 
Że potopi je w ukropie 
I podepcze, i pokopie. 

Szczęściem ludzie w to się wdali, 
Milicjanci ją złapali, 
Uwiązali na powrozie 
I zamknęli kozę w kozie.

 KOZIOŁECZEK
Posłał kozioł koziołeczka 
Po bułeczki do miasteczka.
Koziołeczek ruszył w drogę, 
Wtem się natknął na stonogę.
Zadrżał z trwogi, no i w nogi, 
Gaik, steczka, mostek, rzeczka, 
A tam czekał ojciec srogi 
I ukarał koziołeczka:
„Taki tchórz! Taki tchórz! 
Ledwo wyszedł, wrócił już! 
Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!”

A koziołek tylko beczy: 
„Jak nie uciec, ojcze drogi? 
Przecież sam rozumiesz to: 
Ja mam tylko cztery nogi, 
A stonoga ma ich sto!”
Posłał kozioł koziołeczka 
Do miasteczka po ciasteczka.
Koziołeczek mknie raz-dwa-trzy. 
Nagle staje, nagle patrzy:
Chustka wisi na parkanie… 
Koziołeczek tedy w nogi 
I znów dostał w domu lanie, 
Bo był ojciec bardzo srogi:
 
„Taki tchórz! Taki tchórz! 
Ledwo wyszedł, wrócił już! 
Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!”
A koziołek tylko beczy: 
„Jak nie uciec, ojcze drogi, 
Czyż jest słuszna kara twa? 
Chustka ma wszak cztery rogi, 
A ja mam zaledwie dwa!”
 
KRASNOLUDKI
Krasnoludki z wszystkich miast 
Urządziły w lesie zjazd. 
Program zjazdu był taki: 
Po pierwsze - 
Gdzie zimują raki? 
Po drugie - 
Czy brody są dosyć długie? 
Po trzecie - 
Czy zima może być w lecie? 
Po czwarte - 
Co robić, żeby dzieci nie były uparte?

Po piąte - 
Skąd wiadomo, że zawsze po czwartku jest piątek? 
Po szóste - 
Dlaczego niektóre orzechy są puste? 
Pierwszy mówić miał najstarszy, 
Ale tylko czoło zmarszczył; 
Drugi mówić miał najmłodszy, 
Więc powiedział coś trzy – po - trzy; 
Potem głuchy streścił szeptem 
Wszystko to, co słyszał przedtem; 
Ślepy mówił o kolorach, 
Lecz przeoczył coś, nieborak; 
Zaś niemowa opowiedział 
O tym, czego sam nie wiedział. 
Mańkut milcząc spojrzał wokół 
I napisał tak protokół:

„Krasnoludki z wszystkich miast 
Urządziły w lesie zjazd. 
O czym tam się mówiło przez dwanaście godzin, 
To pana, proszę pana, zupełnie, ale to zupełnie nie obchodzi!”
 
KRÓL I BŁAZEN 
Był król, co prosto z błota 
Szedł w pałacowe wrota 
I nie wycierał nóg, 
Chociaż je wytrzeć mógł.
Silili się ochmistrze, 
By mieć podłogi czystsze, 
Lecz brud przynosił król 
Z polowań, z łąk i pól.

Martwili się dworzanie, 
Że pałac jest w tym stanie, 
Bo nikt już nie miał sił, 
By zmiatać brud i pył.
Podłoga jest ze złota, 
Lecz pełno na niej błota, 
Osiada wszędzie kurz… 
Któż skarci króla, któż?
Wzdychały dworskie damy: 
„Jakżeż powiedzieć mamy - 
Nasz królu, tak a tak… 
Odwagi na to brak”.

Radzili ministrowie, 
Kto to królowi powie, 
Lecz każdy z nich się bał: 
A nuż król wpadnie w szał?
Miał błazna król na dworze. 
Raz król był nie w humorze, 
Więc gońca wysłał wnet, 
By błazen zaraz szedł.
I król powiada: „Błaźnie, 
Mam humor zły wyraźnie, 
Coś wesołego mów, 
Chcę słuchać twoich słów!”

Popatrzył błazen chytrze: 
„Niech król wpierw nogi wytrze, 
Nie znoszę, gdy jest brud, 
A tu jest brudu w bród”.
Król uniósł w górę palec: 
„A cóż to za zuchwalec!” 
Wtem rozpogodził twarz: 
„Wiesz, błaźnie, rację masz!
Masz rację, kiedy wchodzę, 
Zostawiam na podłodze 
I brud, i pył, i kurz, 
Z tym trzeba skończyć już!

Hej, służba! Hej, sprzątaczki! 
Przynoście wycieraczki! 
A kto nie wytrze nóg, 
Nie wpuszczać go przez próg!
Wycierać trzeba nogi, 
Bo brudzą się podłogi, 
Kurz wdziera się do płuc, 
Brudasów każę tłuc!”
I odtąd król ten srogi 
Dbał bardzo o podłogi, 
A gdy przez próg szedł, wprzód 
Wycierał każdy but.
 
Ta bajka jest zmyślona, 
Ale zachęca ona, 
Jak każdy stwierdzić mógł, 
Do wycierania nóg.
 
KRUKI I KROWA 
Dlaczego krowę nazwano krową? 
Mam na ten temat bajkę gotową.
We wsi Koszałki, gdzie skręca droga, 
Stała pod lasem chatka uboga,
W chatce mieszkała stara babina, 
Która na wojnie straciła syna.
Była więc sama jedna na świecie, 
We wsi Koszałki, w zduńskim powiecie,
 
I miała tylko zwierzę rogate, 
Zwierzę rogate i nic poza tym.
Zwierzę wyrosło pod jej opieką 
I co dzień babci dawało mleko.
Babcia się zwała Krykrywiakowa, 
Piła to mleko i była zdrowa,
A zwierzę, które wiersz ten wymienia, 
Dotąd nie miało we wsi imienia.
Jedni wołali na nie Mlekosia, 
Inni po prostu Basia lub Zosia,
Sołtys przezywał zwierzę Rogatką, 
A babcia - Łatką albo Brzuchatką.

Nad chatką stale kruki latały, 
Dwa kruki czarne i jeden biały.
„Kr-kr!” - wołały, bo babcia owa, 
Która się zwała Krykrywiakowa,
Karmiła kruki i co dzień rano 
Stawiała miskę z kaszą jaglaną.
Otóż zdarzało się też nierzadko, 
Że zwierzę babci, zwane Brzuchatką,
Gdy swego żarcia miało za mało, 
Kaszę jaglaną z miski zjadało.
Kruki dwa czarne i jeden biały, 
Babcię wzywały, „kr-kr!” - wołały,
 
„Kr-kr!” - skrzeczały z wielkim przejęciem, 
Rogate zwierzę dziobiąc zawzięcie.
Do „kr” ktoś dodał końcówkę „owa” 
I tak powstała ta nazwa „krowa”.
Odtąd się krowa krową nazywa. - 
Ta bajka może nie jest prawdziwa,
Może jest nawet sprzeczna z nauką, 
Lecz winę tego przypiszcie krukom.