Wiersze J. Brzechwy "R, S"

 
RAK
Na półmisku leży rak, 
A półmisek mówi tak:
 
„Cóż to właściwie znaczy, 
Panie raku? 
Pan wcale mówić nie raczy, 
Panie raku, 
Pan jest cały czerwony jak rak, 
Panie raku, 
Jakżeż można zaperzać się tak, 
Panie raku? 
Pan jest okropnie zagniewany, 
Panie raku, 
Pan jest w gorącej wodzie kąpany, 
Panie raku!”
 
RECE I NOGI
Jak wiadomo z zoologii, 
Każdy koń ma cztery nogi, 
Ale kto z uczonych wie 
Czemu cztery, a nie dwie?
Struś nogami biega dwiema, 
A wąż nawet jednej nie ma, 
Gdyby jedną nogę miał, 
Czyby szedł, czy pędził w cwał?
 
Taki kangur, rzec by można, 
To istota czworonożna, 
Ale gdy go puścić w ruch, 
Nóg używa tylko dwóch.
Ma dwie nogi każdy bociek, 
Ale kto z uczonych dociekł, 
Czemu każdy bociek w mig 
Jedną nogę chować zwykł?
Obliczono, że stonoga 
Ma sto nóg, lecz ta nieboga 
Wolniej biegłaby niż kret, 
Gdyby kret piechotą szedł.
 
Kiedy ślimak rusza w drogę, 
Ma podobno jedną nogę. 
Czy to noga? Chyba nie. 
Może ktoś pouczy mnie.
Małpa nie ma nóg, lecz ręce, 
Obliczyłem je naprędce, 
Cztery ręce ma, nie dwie, 
I dlatego tak się zwie.
Co jest lepsze? Ręce cztery? 
Cztery nogi? Będę szczery 
I otwarcie wyznam wam: 
Chcę mieć to, co właśnie mam.
 
Ręka prawa, ręka lewa, 
Człowiek innych rąk nie miewa. 
Noga lewa, prawa tuż, 
No i dość, wystarczy już.
Mam dwie nogi i dwie ręce, 
Wcale nie chciałbym mieć więcej, 
Bo określa właśnie to, 
Co jest co, i kto jest kto.
Stąd wiadomo, żem nie krowa, 
Żem nie kret, nie sowa płowa, 
Żem nie wąż, nie kot, nie bóbr, 
Nie stonoga i nie żubr.
 
Stąd się właśnie pewność bierze, 
Że nie jestem ptak ni zwierzę, 
Tylko człowiek, starszy pan, 
Który zwie się - Brzechwa Jan.
 
ROZMAWIAŁA GĘŚ Z PROSIĘCIEM
Rozmawiała gęś z prosięciem 
Bardzo głośno i z przejęciem: 
„Smutno samej żyć na świecie, 
A po drugie i po trzecie - 
Jeśli cenisz wdzięki gęsie, 
Jak najprędzej ze mną żeń się”.
 
Prosię na to: „Miła gąsko, 
Głowę nieco masz za wąską, 
Trochę masz za długą szyję 
I zupełnie inny ryjek. 
Niechaj ciebie to nie rani, 
Lecz jesteśmy niedobrani”.
A gęś znowu: „Cóż, mój drogi, 
Popatrz, ty masz cztery nogi, 
Nie masz pierza, nie masz dzioba, 
Ale mnie się to podoba”.
 
Prosiak skłonił się uprzejmie: 
„Inny tak się tym nie przejmie, 
A ja - owszem. Bo zauważ, 
Że ja chodzę, a ty fruwasz, 
Jak dogonić zdołam ciebie, 
Gdy szybować będziesz w niebie?”
Na to gęś odpowie znowu: 
„Domowego jestem chowu, 
Fruwam raz na sześć miesięcy, 
Żeby nie tyć, i nic więcej”.
 
Na to prosię znów odpowie: 
„Muszę dbać o swoje zdrowie, 
Ty się kąpiesz nieustannie, 
Ty byś chciała mieszkać w wannie, 
Ja zaś - jeśli chodzi o to - 
Właśnie bardzo lubię błoto”.
Tutaj gęś już miała dosyć. 
„Nie zamierzam ciebie prosić…”
I dodała z żalem w głosie: 
„Teraz wiem, że jesteś prosię”.
 
ROZRZUTNY WRÓBEL
We wsi Duże Kałuże 
Siedział wróbel na murze 
I ćwierkał wniebogłosy: 
„Jestem nagi i bosy, 
Nie mam dachu nad głową, 
Nie mam nic, daję słowo!”
Poszedł wróbel do pliszki: 
„Pożycz mi ze dwie szyszki, 
Ogromnie szyszki lubię, 
Ziarnka sobie wydłubię”.
 
Odrzekła pliszka w złości: 
„To moje oszczędności, 
Zrobiłam sobie zapas, 
Bierz wróblu nogi za pas”.
Zapukał do jaskółki: 
„Pożycz okruszek bułki, 
Mam taki pusty brzuszek, 
Przyda mi się okruszek”.
„Mój wróblu, powiem coś ci, 
To moje oszczędności. 
Okruchy suchej bułki 
Odkładam do stodółki, 
A tyś rozrzutny ptaszek, 
Więc opuść już mój daszek”.
 
Pomknął wróbel do gila 
I grzecznie się przymila: 
„Mam taki pusty brzuszek 
Daj, gilu, parę muszek”.
„Mój wróblu, nie ma mowy, 
Ja jestem ptak wzorowy, 
Mam trochę oszczędności, 
Kto ich nie ma, ten pości”.
Mknie wróbel do sikorki: 
„Masz ziarnek pełne worki, 
Strata będzie niewielka, 
Gdy nakarmisz wróbelka”.
 
„Składać ziarnko do ziarnka 
To mądra gospodarka, 
A ty co masz, to zjadasz, 
Nic sobie nie odkładasz. 
Idź, proś o ziarnka drozda, 
Lub może ci coś kos da!”
Kos gwiżdżąc rzekł najprościej: 
„Mam trochę oszczędności, 
Troszeczkę, niezbyt wiele, 
I z tobą się podzielę, 
Lecz wiedz, że kto oszczędza, 
Temu nie grozi nędza”.
 
RYBY
Leszcz za wąsy suma szarpie. 
„A to śmiałość!” - rzekły karpie.
„Karpie dobre są, lecz w sosie” - 
Odezwały się łososie.
„Głupie żarty” - rzekła flądra. 
„Patrzcie, flądra jaka mądra, 
Skąd u flądry rozum taki?” - 
Obruszyły się szczupaki.
 
„Cóż za dziwne obyczaje, 
Że okoniem szczupak staje?” - 
Mruknął sandacz. Więc sandacza 
Zbeształ okoń: „Pan uwłacza 
Mnie i całej mej rodzinie, 
Niech pan od nas precz odpłynie!”
Rzekły śledzie: „Ryby rzeczne 
Są zazwyczaj niedorzeczne”.
„Każda woda im za słodka” - 
Przygadała śledziom płotka.
 
Karaś milczał. Tylko kilka 
Jeszcze słów rzuciła kilka, 
A sardynki z tej rozmowy 
Potraciły całkiem głowy.

RYBY, ŻABY, RAKI
Ryby, żaby i raki 
Raz wpadły na pomysł taki, 
Żeby opuścić staw, siąść pod drzewem 
I zacząć zarabiać śpiewem. 
No, ale cóż, kiedy ryby 
Śpiewały tylko na niby, 
Żaby 
Na aby - aby, 
A rak 
Byle jak.
 
Karp wydął żałośnie skrzele: 
„Słuchajcie mnie przyjaciele, 
Mam sposób zupełnie prosty - 
Zacznijmy budować mosty!” 
No, ale cóż, kiedy ryby 
Budowały tylko na niby, 
Żaby 
Na aby - aby, 
A rak 
Byle jak.
 
Rak tedy rzecze: „Rodacy, 
Musimy się wziąć do pracy, 
Mam pomysł zupełnie nowy - 
Zacznijmy kuć podkowy!” 
No, ale cóż, kiedy ryby 
Kuły tylko na niby, 
Żaby 
Na aby - aby, 
A rak 
Byle jak.
 
Odezwie się więc ropucha: 
„Straszna u nas posucha, 
Coś zróbmy, coś zaróbmy, 
Trochę żywności kupmy! 
Jest sposób, ja wam mówię, 
Zacznijmy szyć obuwie!” 
No, ale cóż, kiedy ryby 
Szyły tylko na niby, 
Żaby 
Na aby - aby, 
A rak 
Byle jak.
 
Lin wreszcie tak powiada: 
„Czeka nas tu zagłada, 
Opuściliśmy staw przeciw prawu - 
Musimy wrócić do stawu”. 
I poszły. Lecz na ich szkodę 
Ludzie spuścili wodę. 
Ryby w płacz, reszta też, lecz czy łzami 
Zapełni się staw? Zważcie sami, 
Zwłaszcza że przecież ryby 
Płakały tylko na niby, 
Żaby 
Na aby - aby, 
A rak 
Byle jak.
 
RZEPA I MIÓD
Chwaliła się raz rzepa przed całym ogrodem, 
Że jest bardzo smaczna z miodem. 
Na to miód się odezwie i tak jej przygani: 
„A ja jestem smaczny i bez pani!”
 
SAMOCHWAŁA
Samochwała w kącie stała 
I wciąż tak opowiadała:
„Zdolna jestem niesłychanie, 
Najpiękniejsze mam ubranie, 
Moja buzia tryska zdrowiem, 
Jak coś powiem, to już powiem, 
Jak odpowiem, to roztropnie, 
W szkole mam najlepsze stopnie, 
Śpiewam lepiej niż w operze, 
Świetnie jeżdżę na rowerze,
Znakomicie muchy łapię, 
Wiem, gdzie Wisła jest na mapie, 
Jestem mądra, jestem zgrabna, 
Wiotka, słodka i powabna, 
A w dodatku, daję słowo, 
Mam rodzinę wyjątkową: 
Tato mój do pieca sięga, 
Moja mama - taka tęga, 
Moja siostra - taka mała, 
A ja jestem - samochwała!”
 
SĄSIEDZI
Żył w naszej wsi bogaty mułła. 
Rzekł sąsiad doń: „Sąsiedzie, 
Pożycz mi, proszę, swego muła, 
Syn mój na targ pojedzie”.
„Niestety, muła nie ma w domu - 
Tak mułła mu odrzecze - 
Więc nie pożyczę go nikomu, 
Rozumiesz sam, człowiecze”.
Kiedy się ta rozmowa snuła, 
W pobliskiej stajni właśnie 
Rozległ się ryk przeciągły muła. 
A niech to piorun trzaśnie!
„Widzę, żeś skłamał najzwyczajniej - 
Rzekł sąsiad do sąsiada - 
Twój muł jest w domu, stoi w stajni. 
Czy kłamać tak wypada?”
„Jak to? - odrzecze na to mułła 
Zły, że mu zbrakło słów aż - 
Ty zaufanie masz do muła, 
Natomiast mnie nie ufasz?!”
Biedak opuścił go w milczeniu, 
A kiedy szedł wąwozem, 
Zobaczył nagle przy strumieniu 
Stojącą w cieniu kozę.
Szybko skrępował ją powrozem, 
A choć to ciężar spory, 
Na grzbiet władował sobie kozę 
I zaniósł do obory.
Mułła zdyszany wbiegł po chwili. 
„Po kozę mą przychodzę, 
Życzliwi ludzie mi mówili, 
Żeś zdybał ją na drodze”.
 
„Twej kozy nie ma tu, skąd znowu - 
Rzekł sąsiad do sąsiada - 
Może pobiegła do parowu, 
Idź, szukaj jej po śladach”.
Wobec takiego stanu rzeczy 
Już wyjść zamierzał mułła, 
Gdy nagle słyszy - koza beczy, 
Tak jakby go poczuła.
Zawołał mułła: „Co za zgroza! 
Chcesz mnie oszukać, błaźnie. 
Przecież to beczy moja koza, 
Poznaję ją wyraźnie”.
 
A biedak rzecze mu przytomnie: 
„Doprawdy, brak mi słów aż, 
Ty zaufania nie masz do mnie, 
A głupiej kozie ufasz?!”