Wiersze J. Brzechwy "S"

 
STRYJEK
Miał stryjek pod Gródkiem 
Chałupę z ogródkiem. 
„Dużo z tym zachodu, 
Dosyć mam ogrodu!” 
I wszystko, co miał, to 
Zamienił na auto. 
Zyskał wiele-mało, 
Dobrze mu się działo.
 
Jeździł autem tydzień, 
Kiepsko jakoś idzie. 
„Dużo z tym zachodu, 
Nie chcę samochodu, 
Zrobię znów zamianę, 
Lepszą rzecz dostanę”. 
Dostał krowę białą, 
Dobrze mu się działo.
 
Wypił wiadro mleka, 
Ale znów narzeka: 
„Mam ja krowę białą, 
Za to mleka mało. 
Chętnie ją zamienię 
Na radio w tej cenie”. 
No i oddał rad ją, 
Biorąc w zamian radio. 
Zyskał wiele-mało, 
Dobrze mu się działo.
 
Lecz radio, jak wiecie, 
Bardzo trzeszczy w lecie… 
Stryjek myśli sobie: 
„Ano wiem, co zrobię, 
Pudło to zamienię 
Na żywe stworzenie”. 
Mieszkał chłop przy szosie, 
Dał za radio prosię. 
Chętnie wziął je stryjek, 
Pocałował w ryjek: 
„Jak nastanie bieda, 
To się prosię sprzeda”.
 
Poszedł stryjek lasem, 
Przyśpiewując basem, 
Dźwiga swoje prosię: 
„Wolę pozbyć go się, 
Mdleją ręce obie, 
Więc najlepiej zrobię, 
Jeśli to stworzenie 
Znów na coś zamienię”.
 
Siedział drwal pod lasem 
Z siekierką za pasem. 
Stryjek tedy rzecze: 
„Posłuchaj, człowiecze, 
Otóż sprawa taka - 
Ja ci dam prosiaka, 
Ty siekierkę daj mi, 
Zyskam coś przynajmniej”. 
Zyskał wiele-mało, 
Dobrze mu się działo.
 
Poszedł stryjek lasem 
Z siekierką za pasem. 
Myśli poniewczasie: 
„Na cóż ona zda się? 
Jak spadnie na nogę, 
Stracić nogę mogę!” 
Więc zamienił stryjek 
Siekierkę na kijek.
 
Zyskał wiele-mało, 
Dobrze mu się działo, 

Bo dostał po dziadku 
Cztery domy w spadku.
 
SUM
Mieszkał w Wiśle sum wąsaty, 
Znakomity matematyk.
 
Krzyczał więc na całe skrzele: 
„Do mnie, młodzi przyjaciele! 
W dni powszednie i w niedziele 
Na życzenie mnożę, dzielę, 
Odejmuję i dodaję 
I pomyłek nie uznaję!”
 
Każdy mógł więc przyjść do suma 
I zapytać: jaka suma?
 
A sum jeden w całej Wiśle 
Odpowiadał na to ściśle.
 
Znała suma cała rzeka, 
Więc raz przybył lin z daleka 
I powiada: „Drogi panie, 
Ja dla pana mam zadanie, 
Jeśli pan tak liczyć umie, 
Niech pan powie, panie sumie, 
Czy pan zdoła w swym pojęciu, 
Odjąć zero od dziesięciu?”
 
Sum uśmiechnął się z przekąsem, 
Liczy, liczy coś pod wąsem, 
Wąs sumiasty jak u suma, 
A sum duma, duma, duma.
 
„To dopiero mam z tym biedę - 
Może dziesięć? Może jeden?”
 
Upłynęły dwie godziny, 
Sum z wysiłku jest już siny.
 
Myśli, myśli: „To dopiero! 
Od dziesięciu odjąć zero? 
Żebym miał przynajmniej kredę! 
Zaraz, zaraz… Wiem już… Jeden! 
Nie! Nie jeden. Dziesięć chyba… 
Ach, ten lin! To wstrętna ryba!”
 
A lin szydzi: „Panie sumie, 
W sumie pan niewiele umie!”
 
Sum ze wstydu schnie i chudnie, 
Już mu liczyć coraz trudniej, 
A tu minął wieczór cały, 
Wszystkie ryby się pospały 
I nastało znów południe, 
A sum chudnie, chudnie, chudnie…
 
I nim dni minęło kilka, 
Stał się chudy niczym kilka.
 
Więc opuścił wody słodkie 
I za żonę pojął szprotkę.
 
SZÓSTKA - OSZUSTKA
Jedynka -
Służyła za pogrzebacz do kominka,
Dwójka i trójka -
Na łańcuszku wisiały u wujka,
Czwórka -
Była studnią pośrodku podwórka,
Piątka -
Ścinała trawę na łące i grządkach,
Szóstka…
Ach, cóż to była za oszustka!
 
Uciekła raz z kalendarza,
Co innym szóstkom nigdy się nie zdarza,
Stąd zabrakło jednej soboty
I ludzie w niedzielę poszli do roboty.
 
Kiedy indziej wypadła znów z książki,
Do której się zapisuje pieniążki,
Wypadła szóstka, a zabrakło sześciu tysięcy.
Szukano jej przez kilka miesięcy,
Aż wreszcie się znalazła za kanapą w biurze
Cała umorusana i pokryta kurzem.
 
Innym razem, nie dbając o zdrowie,
Stanęła po prostu na głowie,
Szła przed siebie z wypiętym żołądkiem
I udawała dziewiątkę.
 
Dnia pewnego, swym dziwnym zwyczajem,
Udawała, że jest tramwajem,
I zwróciła na siebie powszechną uwagę,
Wołając: „Proszę wsiadać! Szóstka jedzie na Pragę”.
Tymczasem pojechała na Ochotę
I już nie wróciła z powrotem.
 
Odtąd przepadła o niej wszelka wieść.
Taka to była szóstka - pal ją sześć!
 
SZPAK
Na grabie siedzi szpak
I po polsku mówi tak:
„Stoi w lesie stary grab,
Pod tym grabem leży drab,
Leży drab, a kilka os
Gryzie draba prosto w nos.
Rozgniewany wstaje drab,
Patrzy wkoło, widzi - grab.
A na grabie siedzi szpak
I po polsku mówi tak:
„Stoi w lesie…”
 
SZPAK I SOWA
Szpak umiał mówić trzy słowa, 
Że najmądrzejsza jest sowa. 
Pliszka siedziała na dębie, 
Opowiedziała to ziębie; 
Zięba spotkała się z kosem, 
Ćwierknęła mu to półgłosem; 
Gdy kos się spotkał z jaskółką, 
To samo powtarzał w kółko; 
Kukułka w rozmowie z wroną 
Mówiła to, co mówiono, 
A wrona przez całe noce 
Opowiadała to sroce.
 
I tak od słowa do słowa 
Orzekła cała dąbrowa, 
Że najmądrzejsza jest sowa.
 
A sowie przykro okropnie: 
„Niech tego szpaka gęś kopnie, 
Bo szpak popełnia ten błąd, że 
Ma mnie za mądrą. A skądże? 
Ja się zupełnie nie mądrzę, 
Ja jestem głupsza od szpaka, 
Przysięgam, że jestem taka!”
 
A szpak na sowę się gniewa, 
Od drzewa lata do drzewa, 
Te same słowa powtarza, 
Nieszczęsną sowę obraża 
I mówi, kiedy ją spotka: 
„Udaje głupią. Idiotka!”
 
ŚLEDZIE PO OBIEDZIE
Bardzo w kuchni gniewały się śledzie, 
Że nikt nie chce ich jeść po obiedzie, 
Tak jak gdyby istniały powody, 
Wyżej cenić owoce lub lody.
 
Przed obiadem dobry jest śledź, 
A po obiedzie - cicho siedź!
 
Kucharzowi zrobiło się przykro: 
„Taki śledzik, czy z mleczkiem, czy z ikrą, 
Przed obiadem to przysmak nie lada, 
Lecz na deser się śledzi nie jada”.
 
Przed obiadem dobry jest śledź, 
A po obiedzie - cicho siedź!
 
Na to śledzie: „To pan niech się biedzi, 
Niech ukręci pan lody ze śledzi, 
Bo nie w smak nam są takie zwyczaje, 
Że się śledzi na deser nie daje”.
 
Przed obiadem dobry jest śledź, 
A po obiedzie - cicho siedź?
 
Kucharz słuchał milczący i blady, 
Tegoż dnia jeszcze odszedł z posady, 
Nawet nie chciał zgotować kolacji, 
Bo, doprawdy, czyż śledź nie ma racji?
 
Przed obiadem dobry jest śledź, 
A po obiedzie - cicho siedź!
 
ŚLEDŹ I DORSZ
Raz się kiedyś zdarzyło, że w pobliżu Helu 
Przepływały dorsze dwa. 
Jeden z nich rzekł: „Przyjacielu, 
Nasza przyjaźń serdeczna tyle lat już trwa, 
Lecz żeby kogo poznać w doli i w niedoli, 
Trzeba z nim zjeść beczkę soli”.
 
Usłyszał te słowa śledź, 
Więc do śledzia-sąsiada 
Powiada: 
„Przyjaciela chciałbym mieć, 
Chyba panu nie uchybia,
 Proszę pana, przyjaźń rybia?”
 
Drugi śledź samotnie siedział, 
Więc skwapliwie odpowiedział:
 „Bardzo proszę pana śledzia!”
 
„A więc pięknie. Pan pozwoli,
 Że wpierw zjemy beczkę soli?”
 
„Owszem. Tu są takie nudy,
 Że jeść można sól na pudy”.
 
Tedy zaraz po obiedzie 
Popłynęły oba śledzie, 
Wynalazły soli beczkę, 
Naprzód zjadły z niej troszeczkę, 
Potem więcej, coraz więcej. 
Po upływie trzech miesięcy 
Wypróżniły beczkę do dna,
 Na to aby ich przyjaźń była niezawodna.
 
Tymczasem dorsz zawitał znowu w tamte strony, 
Patrzy - a tu płynie śledź. 
Dorsz roześmiał się zdziwiony: 
„Ależ pan jest nasolony!”
 
„Przyjaciela chciałem mieć, 
Co to w doli i w niedoli, 
Więc z nim zjadłem beczkę soli…”
 
Dorsz się zaśmiał jeszcze głośniej: 
„Trzeba znać się na przenośni! 
Jest mi pana żal prawdziwie, 
Niech pan moczy się w oliwie!”
 
Ośmieszony, nieszczęśliwy, 
Śledź popłynął do Oliwy, 
Tam się moczył miesiąc chyba, 
Aż go złapał jakiś rybak.
 
Ach! Bo w życiu to najgorsze, 
Kiedy śledź się wdaje z dorszem.
 
ŚLIMAK
„Mój ślimaku, pokaż rożki, 
Dam ci sera na pierożki”.
 
Ale ślimak się opiera: 
„Nie chcę sera, nie jem sera!”
 
„Pokaż rożki, mój ślimaku, 
Dam ci za to garstkę maku”.
 
Ślimak chowa się w skorupie. 
„Głupie żarty, bardzo głupie”.
 
„Pokaż rożki, mój kochany, 
Dam ci za to łyk śmietany”.
 
Ślimak gniewa się i złości: 
„Powiedziałem chyba dość ci!”
 
Ale żona, jak to żona, 
Nic jej nigdy nie przekona, 
Dalej męczy: „Pokaż rożki, 
Dam ci za to krawat w groszki”.
 
Ślimak całkiem już znudzony 
Rzecze: „Dość mam takiej żony, 
Życie z tobą się ślimaczy, 
Muszę zacząć żyć inaczej!”
 
I nie mówiąc nic nikomu, 
Po kryjomu wyszedł z domu.
 
Lecz wyjść z domu dla ślimaka 
To jest rzecz nie byle jaka.
 
Ślimak pełznie środkiem parku, 
A dom wisi mu na karku, 
A z okienka patrzy żona 
I wciąż woła niestrudzona: 
„Pokaż rożki, pokaż rożki, 
Dam ci wełny na pończoszki!”
 
Ślimak jęknął i oniemiał, 
Tupnął nogą, której nie miał, 
Po czym schował się w skorupie 
I do dziś ze złości tupie.